„Jak CrossFit zmienił moje życie”. Czego się dowiesz z książki o crossficie?

„Jak CrossFit zmienił moje życie”. Czego się dowiesz z książki o crossficie?

24 września, 2019 48 przez Rafał Mu.

To nie będzie recenzja książki. Zdaję sobie sprawę z małego prawdopodobieństwa, że w ogóle interesuje Cię tak skrajny sport jak crossfit. Tym bardziej nie musi Cię interesować to, czy książka o crossficie mi się podobała i co o niej sądzę. Prawdopodobnie (tak mi się wydaje) uważasz, że znasz ten sport, wiesz na czym polega (w końcu mamy youtube’a) i raczej już zdecydowałeś czy Ci się podoba czy kategorycznie go odrzucasz. Być może jednak chciałbyś wiedzieć czy publikacja tego typu jest w ogóle warta przeczytania i czy można w niej znaleźć praktyczną wiedzę, czy należy się raczej spodziewać ogólnego rysu na temat tego sportu i zdawkowych opisów ćwiczeń.

Siła. Sprawność. Witalność. Jak CrossFit zmienił moje życie”. Tak brzmi pełny tytuł książki autorstwa T.J. Murphy’ego. Przyznam szczerze, że niewiele jest takich pozycji, a książkę przeczytałem nie dlatego, że chciałem się dowiedzieć więcej o crossficie. Chociaż poniekąd miałem nadzieję, że jednak coś wartościowego tam znajdę, to przede wszystkim kierowała mną ciekawość.

Tematem treningu ciała interesuję się nie od dziś, a przecież każdy kto chociaż próbował szukać rzetelnych informacji w internecie odnośnie poprawy formy fizycznej, z pewnością natknął się na crossfit. Jaki jest crossfit każdy widzi. Treningi obwodowe, ćwiczenia dobrane jakby przypadkowo, no i te oszukane powtórzenia stosowane standardowo. Wszystko robione na czas, a wyznacznikiem sukcesu jest zaliczenie zadania bez zawracania sobie głowy techniką wykonania. No i mamy cały opis crossfitu, a przynajmniej tak jest on postrzegany przez większość postronnych osób. Co więc jeszcze można o nim napisać, wykorzystując 237 stron formatu A5, czego nie widać na pierwszy rzut oka oglądając filmy z treningów crossfiterów w sieci?

Jeśli myślisz, że większość tej książki to opisy ćwiczeń, których jest setki, to się mylisz. Na to autor poświęcił jedynie 20 stron pokazując jedynie podstawy. Czego więc możesz się spodziewać po książce o crossficie? Zajrzyjmy do środka.

Książka o sporcie i o człowieku

„Siła. Sprawność. Witalność” to książka, którą czyta się przyjemnie choćby dlatego, że nie jest bezosobowym wykładem na dany temat lecz opisuje historię. Takie książki „wchodzą” najszybciej. W tym przypadku mamy do czynienia z historią samego autora, biegacza, który na pewnym etapie swojego sportowego życia zaczął zwyczajnie niszczeć.

Wszelkiej maści kontuzje, demotywacja i brak dalszych postępów spowodowały, że zmiana po prostu musiała nadejść. Pierwsze co zazwyczaj robi złamany biegacz, to ucieczka, że tak to brzydko ujmę, w stronę triathlonu. Murphy ukończył nawet pięć zawodów Ironman, jednak bycie triathlonistą działało tylko do czasu.

„Po prostu czułem się źle. Moje kończyny były chude i pokrzywione. Codziennemu wstawaniu z łóżka towarzyszyło strzykanie, strzelanie oraz sztywność w stawach. Straciłem całą sprężystość kroku.”

Pewnego dnia biegał na bieżni w jednej z siłowni. Treningi na bieżni stacjonarnej umożliwiały odciążenie stawów w pewnym stopniu i pokonywanie dłuższych dystansów. W tym czasie zauważył nową trenerkę pracującą wraz ze swoim podopiecznym. „Była niska i zbudowana jak gimnastyczka: muskularna, z wyrzeźbionymi ramionami, barkami i nogami… Wyglądała na niezniszczalną” – pisze autor.

Jego uwagę przykuło to, że trenerka w ogóle nie korzystała z maszyn. Do treningu wykorzystywała otwartą przestrzeń nieopodal recepcji, z dala od urządzeń treningowych.

„Przeplatała burpee z brzuszkami, skakaniem na skakance i innymi dziwnymi ćwiczeniami, z którymi nigdy wcześniej się nie zetknąłem.”

Jej metody wydawały się co najmniej dziwne. Żadnych przerw między seriami i nieustanne krzyki w stronę podopiecznego, jakby rzecz działa się w wojsku. Wyglądało to tak, jakby chciała go zwyczajnie zamęczyć. Po kilku minutach klient trenerki nie mógł złapać oddechu. Po krótkim treningu jeszcze chwilę porozmawiali po czym mężczyzna wyszedł z sali.

Kiedy Murphy skończył swój trening na bieżni zapytał trenerkę o to, co robiła ze swoim klientem. Ona w odpowiedzi wręczyła mu gazetkę „CrossFit Journal”.

Początki nie były łatwe. Jak się wkrótce okazało, wieloletni sportowiec, biegacz, triathlonista, nie potrafił prawidłowo wykonać najprostszych ćwiczeń, jak choćby przysiady.

Ścieżka jaką obrał autor książki zaraz po pierwszym spotkaniu z crossfitem rodzi pewne konkluzje. Możesz być świetnie przygotowanym kondycyjnie biegaczem i nie potrafić wykonać podstawowych ćwiczeń siłowych. Możesz być wielkim siłaczem i puchnąć po kilku minutach wydolnościowego sprawdzianu. Crossfit naprawdę weryfikuje człowieka jako sportowca.

Specjalizowanie się w jednej wąskiej dziedzinie sportu rodzi pewne ograniczenia. Ojciec crossfitu, Greg Glassman, uwielbiał gimnastykę, jazdę na rowerze oraz trening z ciężarami. Na temat tych sportów wypowiedział się następująco:

„Ktoś mógł mnie pokonać w jednej z tych dyscyplin, ale zwykle potrafiłem zmiażdżyć go w dwóch pozostałych.”

Tak wygląda wszechstronność. Tak wygląda crossfit.

CrossFit – sport bardzo analityczny

Laicy, znający crossfit tylko z internetu, uważają, że jest to sport bardzo niechlujny. Z punktu widzenia klasycznego treningu siłowego, podzielonego na konkretne dni treningowe, w których wykonuje się daną ilość serii i ściśle określoną liczbę powtórzeń, crossfit to bezsensowny chaos.

Pod artykułem „W obronie CROSSFIT-u. Czy krytyka crossfitu jest uzasadniona?” jeden z czytelników napisał coś takiego: „Dla mnie osobiście crossfit jest wywróceniem na lewą stronę wszystkich zasad które „od zawsze” miały miejsce w treningu. Wykonywanie ćwiczeń na czas, mieszanie w obwodach wszystkich możliwych ćwiczeń, brak przywiązania do techniki..” Tak postrzegany jest ten sport przez wiele osób. Tymczasem…

„Glassman stwierdził, że jeśli da się coś zmierzyć, to nie tylko można potem prowadzić nad tym badania naukowe, ale też wykorzystać te mierzalne czynności w rywalizacji”

Istotnie, twórca sportu funkcjonalnego jakim jest crossfit, miał obsesję na punkcie analiz, zbierania danych oraz tworzenia własnych reguł. Sprawność fizyczną zawodnika przedstawiał na wykresie, dosłownie.

„Właściwie każdy trening stosowany w siłowniach CrossFit można przedstawić jako punkt w układzie współrzędnych… Odchylenia od krzywej ukazują miejsca, w których jesteśmy szczególnie mocni lub szczególnie słabi.”

Sam wykres znajdziesz oczywiście w książce. Glassman nie zgadzał się także z dotychczasową definicją sprawności fizycznej. Swego czasu zwycięzcę zawodów Ironman uznano za najsprawniejszego człowieka na świecie, co oczywiście nie spotkało się z aprobatą Glassmana. Wściekał się na to, że za najsprawniejszych uznawano biegaczy czy zwycięzców konkursu Mr. Olympia. Postanowił sformułować własną definicję sprawności fizycznej.

Pod uwagę wziął wszystkie cechy sprawności według pewnego producenta piłki lekarskiej, a były to:

  • kondycja
  • wytrzymałość
  • siła
  • zwinność
  • koordynacja
  • równowaga
  • zręczność
  • celność
  • moc
  • szybkość

W trakcie treningu powinniśmy pracować nad każdym z tych aspektów i dopiero połączenie ich wszystkich określa faktyczną sprawność fizyczną zawodnika. Ostatecznie definicja sprawności według Grega Glassmana przybrała taką formę:

Sprawność fizyczna: „Zdolność do pracy w pełnym spektrum ruchowym i w wielu różnych dziedzinach.

Aby mieć pełny pogląd na danego zawodnika i jego przydatności w dowolnym sporcie należy systematycznie poddawać go testom trwającym kilka chwil, ale z maksymalnym obciążeniem, jak na przykład martwy ciąg, a także 20-minutowym morderczym testom wydolnościowym, np. bieg na 5 – 10 km.

Sprawdzenie danej osoby pod kątem treningów wymagających wykorzystania przez organizm różnych systemów energetycznych, a także w 10-ciu kategoriach składających się na sprawność fizyczną pozwoli na kompletne określenie tej osoby jako sportowca.

Odpowiadając częściowo na pytanie zawarte w tytule mogę Ci powiedzieć, że książka T.J. Murphy’ego uświadomiła mi czemu tak naprawdę służy ten cały „chaotyczny” crossfit. Jak wiele analiz i przemyśleń kryje się za każdym WOD’em (Workout of The Day). Ile czasu poświęcono nie tylko w crossfitowych boxach, ale także z arkuszem papieru i ołówkiem w ręku, by stworzyć najbardziej wszechstronny system treningowy umożliwiający tworzenie kompletnie wyszkolonych zawodników.

CrossFit = kontuzje. Niesprawiedliwa hejterska wizja crossfitu

Jeśli podnosimy ciężary, to nie biegamy. Jak biegamy, to nie dźwigamy. Jak już dźwigamy, to wygodnie leżąc na ławce lub siedząc, wykonując kontrolowane ruchy bez szarpnięć. Jak się podciągamy, to czysto siłowo, nie kipujemy. Crossfit to przeciwieństwo tego wszystkiego. Jeśli więc go uprawiasz to licz się z kontuzjami.

Faktycznie tak jest czy to kolejny niesprawiedliwy osąd w stronę crossfitu? Sprawa wygląda tak: Kulturysta przez długie lata wykonuje mało dynamiczne ćwiczenia o krótkiej trajektorii ruchu lub co gorsza na stabilnych maszynach treningowych. Podejmuje próbę wykonania kipu gimnastycznego wymagającego wykorzystania sporej mocy mięśni oraz oczywiście odpowiedniej techniki. Skutek? Oczywiście sromotna porażka i grymas odrazy na twarzy kulturysty. „Przecież to jest jakieś dziwne. Wymachy, szarpnięcia, to się musi skończyć kontuzją!”

To mnie naprawdę nie dziwi. Już samo bieganie może być niebezpieczne dla osoby z 50-kilogramową nadwagą. Uraz kostki, rzepki czy naciągnięcie mięśnia, to rzecz wysoce prawdopodobna. Tak samo prawdopodobna jest kontuzja w przypadku dużego siłacza mierzącego się z gimnastyką. Mierz siły na zamiary, albo… uznaj ten sport za niebezpieczny.

Kip gimnastyczny, to wzorzec ruchowy, na którym oparte są ćwiczenia na drążku do podciągania w crossficie. Jedna z zasad funkcjonalnych treningów brzmi: „Wykonaj jak największą pracę przy jak najmniejszym zużyciu energii”. Funkcjonalne systemy treningowe, a często sam crossfit w swej okazałości, są adaptowane do szkolenia służb mundurowych czy ratowników. W przypadku zadań wykonywanych przez strażaków i żołnierzy nieważna jest ładna sylwetka w trakcie docierania do celu czy wspinaczki po drabinie. Liczy się wykonane zadanie. Tego właśnie uczy crossfit. Efektywność zamiast efektowności.

Wszystkie ćwiczenia w crossfit wykonywane są takimi technikami, by wykonać jak najwięcej powtórzeń w jak najkrótszym czasie. Czy jednak jest to kontuzjogenne i niebezpieczne?

„Lindsay Smith (trenerka crossfit) ustawiła nas w kręgu i zaczęła omawiać podstawy oraz wskazówki dotyczące poprawnego wykonywania przysiadu… Szybko zauważyła wady w mojej technice i musiałem wyjść na środek okręgu.”

Dobrzy trenerzy crossfit przywiązują wręcz obsesyjną uwagę do prawidłowej mechaniki ruchu, na którą potrafią poświęcić wiele odrębnego czasu. Organizowane są nawet seminaria z udziałem mistrzów w olimpijskim podnoszeniu ciężarów oraz gimnastyki. Wszystko po to by osiągnąć największą wiedzę na temat ruchu.

Murphy wywołany był na środek także w trakcie korygowania takich ćwiczeń jak wyciskanie sztangi nad głowę, wyrzut sztangi, rwanie, i podrzut. W żadnym z tych ćwiczeń nie potrafił wykonać prawidłowej techniki. A przecież sport uprawiał od lat.

W książce wspomniano także o Kelly’m Starrecie, fizjoterapeucie, który miał bzika na punkcie prawidłowych (czytaj zdrowych) technik ruchu do tego stopnia, że zaowocowało to powstaniem setek nagrań na stronie MobilityWOD.com. Starret szkolił żołnierzy Navy SEALs, ciężarowców, fighterów, kolarzy i wioślarzy. Kim jeszcze był fizjoterapeuta szkolący innych sportowców z mechaniki ruchu? Trenerem crossfit. Jak to więc jest, że światowej klasy sportowcy szkolą się u kogoś, kto uprawia przecież sport najbardziej niechlujny, kontuzjogenny i lekceważący techniki wykonywania ćwiczeń? A może właśnie w całym tym crossficie takie czynniki jak mechanika ruchu, mobilność i technika odgrywają fundamentalną rolę? Istotnie tak właśnie jest i tego między innymi dowiesz się z tej książki. T.J. Murphy poświęcił temu zagadnieniu cały rozdział.

CrossFit jest zły bo jestem w nim słaby

„W artykule, który w październiku 2011 roku ukazał się na łamach magazynu Men’s Health, Grant Stoddard napisał, że spróbował crossfitu i kompletnie go to nie ruszyło… Wydaje mi się, że nie polubił crossfitu ponieważ, jak sam stwierdził, na treningach pokonywały go kobiety.”

Tak już jest, że ludzie dzielą się na tych, którzy robią tylko to, w czym czują się dobrze i komfortowo i na tych, którzy są gotowi zmierzyć się z własnymi słabościami pomimo cierpienia i dyskomfortu. Jak napisał Murphy, w crossficie przekroczenie pewnych barier możliwe jest wyłącznie dzięki upokorzeniu. Warto zastanowić się przez chwilę nad tymi słowami i odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego właściwie crossfit mnie odrzuca, będąc ze sobą całkowicie szczerym.

Todd Widman służył w marines. Uważał się twardziela. Kiedy usłyszał o crossficie postanowił spróbować swoich sił. Trafił na trening ELIZABETH – zarzut sztangi 60 kg + dipsy na kołach gimnastycznych w 3-ech rundach metodą 21-15-9 (1 runda 21 powt, 2 runda 15 powt, 3 runda 9 powt).

Wykonanie treningu zajmowało crossfiterom zazwyczaj 5 – 10 min. Dla Widmana taki czas wydał się zupełnie osiągalny, zważywszy na jego przygotowanie fizyczne. Stoper wystartował, a czas twardziela z marines okazał się daleki poza oczekiwaniami, mianowicie 58 min!

„Moje ego zostało zniszczone – wspominał. – Był to jednak trening, którego szukałem przez całe życie.”

Starcie z crossfitem i późniejsza weryfikacja własnych możliwości jest moim zdaniem bardzo dobrą miarą człowieka jako sportowca. Przyznam szczerze, że sam czułem się nieco upokorzony po wykonaniu niektórych WOD’ów. Książka Murphy’ego uświadomiła mi, że odrzucenie tego sportu i niesamowicie morderczych treningów funkcjonalnych nie sprawi, że moja forma wzrośnie. Zamiast się oszukiwać postanowiłem włączyć na stałe treningi funkcjonalne bazujące na crossficie do swojego programu treningowego.

Konkluzja

CrossFit jaki jest każdy widzi. Nie, wcale tak nie jest. Dopóki nie postanowisz spróbować chociaż jednego treningu i dopóki nie poznasz tego sportu od kuchni, spoglądanie na crossfiterów z zewnątrz niczego nie nauczy Cię o crossficie.

Boimy się tego co nieznane. W równym stopniu to odrzucamy. Czy CrossFit jest dla każdego? Tak, ale nie każdy jest dla crossfitu. Tą konkluzją zakończę ten artykuł, który nie miał być recenzją książki, ale po trochu może i nią był. Mam jednak nadzieję, że odpowiedział na tytułowe pytanie. Pozdrawiam!