Trening funkcjonalny to pojęcie dość chwytliwe ostatnimi czasy. Duże i wyrzeźbione mięśnie były niegdyś najbardziej pożądanym towarem w walce o formę. Styl życia oraz ćwiczenia były podporządkowane powiększaniu rozmiarów właśnie. Wzorami do naśladowania byli kulturyści wypromowani przez Hollywood, a filmowi twardziele, którzy nie mieli fit-sylwetki to nie byli twardziele. Czasy Charlesa Bronsona i Clinta Eastwooda się skończyły. Nastała era Schwarzeneggera. I jemu podobnych oczywiście. Z pewnością każdy facet pamięta te momenty w filmach, gdy po ciosie Jean-Claude’a Van Damme’a kamera wykonywała zbliżenie na jego napięty biceps. On sam natomiast przez dłuższą chwilę stał w pozie eksponującej mięśnie, jakby chciał powiedzieć leżącemu przeciwnikowi: „Spójrz jaki jestem zajebisty. Rozpisać ci trening?” Wydawało się, że każda kolejna część „Rocky’ego” czy „Rambo”, była kręcona po cyklach sterydowych Sylwestra Stallone. Co część, to 10 kg mięśni więcej. Ach, to były czasy. Brak efektów komputerowych, magicznych sztuczek itp. Aktor kina akcji na ekranie wyglądał tak jak wyglądał w rzeczywistości, a jego sylwetka była głównym efektem specjalnym, dla którego oglądało się film. No, może trochę wyłamywał się Steven Seagal, który z wiekiem wyglądał tylko gorzej. Do pewnego czasu swoim aikido nadrabiał sylwetkę, ale w końcu i to się przejadło.

W końcu nastał moment, gdy ogrom masy mięśniowej osiągnął apogeum. Została przekroczona granica, za którą „im większy tym piękniejszy” zamieniło się w „im większy tym paskudniejszy”. W kulturystyce zostało odkryte już wszystko. A nawet więcej. Oczywiście zatwardziałych fanów masy nie brakuje, jednak spora część ćwiczących poczuła przesyt. Przesytowi zaczął towarzyszyć brak fascynacji mięśniami. Magiczna granica została przekroczona i wielu stwierdziło, że nie chce jej przekraczać, ani nawet się do niej zbliżać.

Jeśli więc nie dla masy, to dlaczego mamy ćwiczyć? I tutaj do głosu doszli ci, którym zależy nie na tym jak mięśnie wyglądają, ale na tym co potrafią. Panie i panowie, przedstawiam Wam trening funkcjonalny.

Czym naprawdę jest trening funkcjonalny?

Nie ma takiego sportu, który by nie wymagał wytrenowania określonych cech zawodnika. Fighterzy potrzebują silnych ciosów, sprinterzy – szybkości, maratończycy – kondycji, piłkarze – siły eksplozywnej nóg, a tenisiści mocnego uderzenia. Każdą z tych cech należy wytrenować odpowiednio skonstruowanym treningiem. Treningiem, który spełnia określoną funkcję w ramach przygotowania zawodnika do zawodów. Taki trening to trening funkcjonalny.

Trening funkcjonalny może mieć zatem różną formę i opierać się o różne ćwiczenia przydatne w konkretnym sporcie. Przykładem może być ćwiczenie polegające na zarzuceniu sztangi i wypchnięciu jej w dal przed siebie. Takie ćwiczenie stosują lekkoatleci specjalizujący się w pchnięciu kulą. Zwykłe wyciskanie sztangi nie jest dla nich zbyt cenne. Eksplozywne wyrzucanie sztangi przed siebie jak najbardziej. Tak wygląda trening funkcjonalny. Czy jednak rzucanie sztangą przyda się skoczkom narciarskim? Zdecydowanie nie. Oni potrzebują czego innego.

Trening funkcjonalny jest to zatem taki trening, którego celem jest wykształcenie odpowiednich cech zawodnika niezbędnych w jego dyscyplinie sportowej.

Trening funkcjonalny a życie codzienne

Pierwotna idea treningu funkcjonalnego była jasna. Funkcjonalność w określonej dyscyplinie sportowej. To jednak nie wszystko. A co jeśli Twoją główną dyscypliną jest po prostu trening siłowy, nie koniecznie taki, jaki faworyzują fetyszyści masy?

Jaką więc funkcję dla Ciebie miałby spełniać trening siłowy? Jak to jaki? Wzrost formy ogólnej, zdolności dźwigania ciężkich przedmiotów na co dzień, wydolności organizmu, sprawności fizycznej, dzięki której żadne zadanie nie będzie stanowiło dla Ciebie przeszkody. Innymi słowy, Twoją dyscypliną są czynności wykonywane na co dzień, do których używasz swoich mięśni. Trening funkcjonalny natomiast ma zapewnić Tobie mistrzostwo w tych czynnościach.

Sprawny, silny i wytrzymały człowiek ma po prostu w życiu lżej. Bez problemu odkręci koło w samochodzie, gdy złapie gumę, nie dostanie zadyszki po sprincie do autobusu, na który ledwo zdążył, wniesie ładnej sąsiadce torby z zakupami na czwarte piętro, a gdy już na nie wejdzie na jego czole nie pojawi się żadna żenująca kropla potu i niewzruszonym głosem poleci się na przyszłość. A i w garniturze będzie dobrze wyglądał dzięki rozwiniętym barkom i wąskiej talii. Same zalety. Prosty człowiek zaadoptował sobie trening funkcjonalny do własnych potrzeb. Muskuły tak wielkie, że ciężko się podrapać po tyłku nas już nie bawią. My chcemy sprawności, zdrowia i witalności. Ot co.

Czy kalistenika to trening funkcjonalny?

Hmm… W tym miejscu należy się małe sprostowanie. Nie, kalistenika nie jest treningiem funkcjonalnym. Choć może nim być. To od Ciebie i tylko od Ciebie zależy, czy ćwiczenia z masą własną wykorzystasz na poczet budowania sylwetki, kształtowania się w street workout czy też właśnie treningu funkcjonalnego. Pragnę nadmienić, iż kalistenika doskonale się do tego nadaje ponieważ jak wspominałem razy tysiąc, rozwija formę przekrojowo, dbając o siłę mięśni oraz ich wytrzymałość. Kalistenikę łatwo jest ukierunkować na rozwój najrozmaitszych cech motorycznych.

Musisz jednak pamiętać o kilku ważnych sprawach, jeżeli chcesz wprowadzić w życie trening funkcjonalny. Stosuj ćwiczenia angażujące najważniejsze dla formy mięśnie. Mowa tutaj o plecach, barkach i nogach. Te ostatnie trenuj bardziej przekrojowo. Mięśnie nóg powinny być nie tylko silne, ale i wytrzymałe, a także eksplozywne. W przypadku nóg takie cechy jak eksplozywność i dynamika są szczególnie ważne. Goryl ma wszechmocne ramiona, ale skoczność kangura również imponuje. Bądź krzyżówką ich obu. Trening funkcjonalny? Miodzio.